piątek, 8 maja 2009

Zemsta Rischmanna czyli atrakcje Karkonoszy.

Pogodny dzień przed długim weekendem majowym. Szkoła jogi odwołuje przyjazd, bo nie zebrali wystarczającej ilości chętnych. Zawiadomieni o wolnych miejscach agroturystyczni sąsiedzi podsyłają nam gości do jednego pokoju, do następnego od przyjaciela z Wrocka, kolejny z netu i pozostałe wynajęte zostały przez niedoszłych uczestników kursu oraz przez rodzinkę, która przeczytała jednak jogowy spam. Poza tym utworzyła się nawet kolejka do pokoi na ten czas.
Widać od początku, że to samograj i musi nastąpić oczekiwana zamiana miejsc na ten okres, tak samo jest w weekend czerwcowy.

A my przed tymi dniami, korzystając z wyśmienitej pogody, udajemy się na objazd okolicy. Auto prowadzi N., dziewczyna, która urodziła się z kierownicą w rękach.

Na początek pokazałem sosnówkowski widoczek, ukryty za laskiem i paroma posesjami, niewidoczny z drogi na Karpacz.

Obowiązkiem jest przechadzka do kaplicy św. Anny, ukrytej na zboczu Grabowca (784 m npm), o oryginalnej eliptycznej konstrukcji, powstałej w XIII w. po to, aby zneutralizować pogański kult związany z tą górą i skosztowania "wody życia" z Dobrego Źródła, podobnie jak to robią tutejsze jelenie w czasie godowym. Zawarty w niej radon odmładza komórki, poprawia witalność i może właśnie w ten sposób spełnia marzenia. Zbyt łatwo wchodzi też w reakcję z miedzią, więc takich elementów wnętrze musi być pozbawione.


Potem oczywiście Wang, największa atrakcja zabytkowo- architektoniczna Karkonoszy. Jak zwykle niesamowicie ukazuje się w otoczeniu pobliskich, najwyższych szczytów, świetnie wpisując się ze swą staro- nordycką XII- wieczną przeszłością.




Wracając przysiedliśmy w barku "Harnasiówka", potem rzut oka na "Gołębia", który wyłania się powoli niczym Feniks z popiołu.



Na parkingu Wank, tak właśnie musi się nazywać ze względów marketingowych, trzeba było pchać samochód zostawiony z włączonymi światłami. Energicznie pomógł to wykonać rosły Niemiec, z wrodzonym wdziękiem i z naturalną grzecznością.
Kierunek Staniszów, czyli XVIII- wieczny, odrestaurowany barokowy pałac. Byłem tu wielokrotnie, ale tym razem zapuściliśmy się w pałacowe ogrody, niewidoczne od frontu. Okazuje się, że jest to wspaniałe dzieło przedwojennych architektów przestrzeni. Zabawa krajobrazami, kolorami i płaszczyzną, zaprojektowany chyba dokładnie o tej porze roku. Nie spodziewałem się, że znajdę się tu dziś jeszcze raz.

W galerii pałacowej trafiam na obrazy sąsiada z Zachełmia, Vitalija Mkrtchana, Białorusina, dla którego przed kilku laty wieś nasza stała się godną artysty Itaką.



W restauracji kawa po 5 zł (mniej niż się spodziewaliśmy) i spojrzenie na ogólnodostępną biblioteczkę dla znawców pisma gotyckiego.





Następnie góra Witosza, 484 m npm, pełna magii, jedyna taka może po Łysej Górze w Polsce.
W tym otoczeniu, pośród wielu głazów, szczelinowych jaskiń, grot naturalnych i sztucznych, żył w XVII w. , przez 14 lat, prorok, jasnowidz, niemowa, medium, karkonoski Nostradamus- Hans Rischmann.


Zwiedziliśmy "salon", "sypialnię" oraz "biuro", gdzie upozowałem się do zdjęcia, próbując odegrać jego rolę.





Stanąłem jedną nogą na wygodnej z pozoru niewielkiej skalnej półce i ze zdziwieniem doznałem niemocy wyjścia z tej pozycji. Niezwykła siła pchała mnie w dół, do podstawy 4- metrowej od moich stóp skały.
Chociaż tego rodzaju miejsca obdarzam dużą atencją, tym razem poczułem się nieco nieswojo i używając uważnie swoich taternickich umiejętności, ostrożnie wycofałem się w głąb groty.

W drodze na szczyt, do postumentu Bismarcka, cały czas czułem dziwny niepokój. Tuż przed końcem zejściowych schodów, sprawdzając odruchowo tylną kieszeń, doznałem olśnienia. Brak portfela, ze wszystkimi kartami bankowymi, dowodem osobistym, prawem jazdy, kartą Vitay oraz z akuratnym znaleźnym w złotówkach.
Naturalnie pomknąłem z powrotem na szczyt, ok. 1 km w 5 min, przeszukując miejsca postoju oraz zamiatając wzrokiem stoki pokryte zeszłorocznymi liśćmi. Bez sukcesu.
Wracamy do pałacu. Też nie ma śladu po portfelu. Harnasiówka i parking w Karpaczu już zamknięte. Decydujemy się na powrót i na rybkę "U Rybaka", najlepszą w Karkonoszach.

Zrozumiałem jak będzie czuł się człowiek, gdy wyłączą mu chipa.
Powstaje pytanie "dlaczego?".
Albo Rischmann chciał pokazać, jak powinienem go uszanować bez atrybutów materialnej współczesności, albo w ten sposób uchronił mnie przed konsekwencjami niesprawnych amortyzatorów w czasie planowanej nazajutrz podróży do Szczytnej.

Następnego dnia odwiedziliśmy wszystkie te miejsca jeszcze raz, również bez powodzenia. Pozostało szybko zastrzec resztę kart i uruchomić procedurę wydania nowych dokumentów.
Przez 3 tygodnie jest się w takim przypadku poza systemem, może i dobrze. Prawo do kierowania się ma, ale nie można kierować, konta bankowe się ma, ale nie można korzystać ze swoich własnych środków. Jedynie na karty kredytowe wystarczyło poczekać tylko 1 tydzień.

Z powodu szeregu refleksji na temat "życie w systemie bez kawałków plastiku", warto było zdobyć takie doświadczenie.
Od sympatycznego policjanta w Cieplicach dowiedziałem się, że kierowanie bez dokumentów przy sobie, skutkuje jedynie mandatem.

Na szczęście wiosna jest w rozkwicie i skutecznie przysypuje wszystkie kłopoty płatkami kwiatów wiśni i rododendronów.

4 komentarze:

unfal pisze...

Dzisiaj to nie blog tylko powieść sensacyjna :)

Witold pisze...

:D Rzeczywiście idzie w tą stronę. Może jest to właściwy kierunek. W końcu w Karkonoszach jest pełno sensacyjnych i tajemniczych tematów, a życie tu też jest przygodą.

AniA pisze...

Jeśli o te amortyzatory szło to nie zemsta ;) pewnie "odda" jak zagrożenie minie... a koło tej półki skalnej na 4m wysokiej też nic?... hmm ciekawe jakiż to Mr Rischmann ma plan ?

Witold pisze...

Widocznie zagrożenie jeszcze jest aktualne, chociaż w czasie podróży 300 km bez prawa jazdy, nie spotkałem żadnego policjanta. Wszystkie jaskinie i górę przeszukałem 2 razy, 84 m do góry i w dół, tak samo wszystkie zdjęcia i nic. Może to nie Rischmann tylko Bismarck, chociaż został po nim tylko cokół, który zresztą też przeszukałem. Ten pierwszy okazał się jednak szarlatanem, bo wprawdzie wojna 30- letnia mu się potwierdziła, ale zagłada Hirschbergu i ówczesnych katolików wcale nie.