Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyciągi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyciągi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2009

Śnieżka, Schneekope- góra śnieżna

Postanowiliśmy wyskoczyć sobie na Śnieżkę, najwyższą górę Karkonoszy, Sudetów, Republiki Czeskiej i kiedyś III Rzeszy. Na dziś 1602 lub 1603 m npm. Ten metr różnicy nie dorównuje jeszcze aferze wokół pomiaru wysokości szczytu K2, ale w XVI w. pierwsze jej oznaczenie wykazało 5 tys. m. Dlatego wszyscy tu żyjemy na co dzień pod Śnieżką, jakby w cieniu wielkiej góry.



Połowa z nas zrobiła to po ludzku- autem pod wyciąg (15 km) i kolejką na Równię Pod Śnieżką. Przed wojną kursowały stąd na szczyt lektyki. Parę lat temu próbowano te usługi przywrócić, ale pewnie za 250 zł nie opłaciło się to ani tragarzom, ani pielgrzymom.
Druga połowa wyruszyła po góralsku z buta, z Wiśniowego Sadu. Przyjęliśmy 2 godz. for, co wystarczyło w zupełności, aby spotkać się przy bufecie, przy górnej stacji.


Z 820 m na 1340 m pojedynczymi krzesełkami wjechaliśmy tylko po 24 zł, przed 13-tą kosztowałoby to 3 zł więcej, bilet tam i z powrotem, który też jest wejściówką do KPN (inaczej byłoby +4,60 zł). Ileż to można zaoszczędzić mieszkając w Karkonoszach? Średnio rocznie 5 razy na Chojniku, 3 razy w Kotłach i na Przełęczy Karkonoskiej, po razie na Śnieżce i Szrenicy, a i wodospad się może zdarzyć, Kamieńczyk lub Szklarki. W sumie ponad 1200 zł przez 24 lata, można poszaleć.

Z tego wszystkiego gładko przełknąłem 15 zł za parking, mimo że na parę godzin. Parkingowy od razu witał wszystkich: - Dzień dobry. Przepraszam, że tak drogo, ale to nie moja wina.
Większość zmotoryzowanych rezygnowała, postanawiając przycupnąć gdzieś w mieście na uboczu za darmo i te 2 km dojść do kolejki, pewnie kosztem 20 min. marszu.
Na pewno Michał z Krzysiem zarobili prawie 70 zł idąc całkiem pieszo. I tak Karkonosze są warte każdej sumy, by w nich być, po nich się poruszać, fotografować, wspominać.


Na Śnieżce średnio w roku jest 300 dni zamglonych. Tym razem natrafiliśmy na uroczą, kłębiastą mgłę, raczej chmurę, w której z głowami pomykaliśmy drogą Zakosy (szlak czerwony), 200 m wyżej niż Równia, ok. 1 godz. drogi od wyciągu.
Cały czas pojawiały się i znikały za chmurą wspaniałe widoki- na Kotlinę Jeleniogórską, Karpacz, grań Karkonoszy, Upską Jamę. Tym razem widoczność nie osiągnęła 200 km, co czasem się zdarza.

Szczytowe plateau tego dnia opanowane zostało przez różne języki: angielski, polski, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki. Jednak nie spowodowało to nadmiernego ścisku ani nieporozumień.

Podejście Zakosami jest niezwykle malownicze, poprzez rumowisko, gołoborze. Pod koniec ok. godzinnego podejścia od stacji kolejki, wyłania się niemal nad głową obserwatorium,teraz odchudzone, wyszczuplone po rozebraniu resztek większego talerza.

Na szczycie można siedzieć w nieskończoność i podziwiać 360- stopniową panoramę, zaglądać z góry w otaczające przepastne kotliny, igrając z wysokością, przestrzenią i czasem, kontemplując Ziemię ścielącą się u stóp.

Okazało się, że do odjazdu ostatniego krzesełka (17.00) pozostało nam zaledwie 35 min. Puściliśmy się jak na skrzydłach, na złamanie karku w dół. Litościwy Karkonosz jednak zachował nam karki na właściwych miejscach, gdzieś z tyłu szyi i niósł nas bezpiecznie przez całe 20 minut. Czas ten stał się moim życiowym rekordem zbiegania ze Śnieżki.

Powrót wyciągiem trwał chwilę i można było dokładnie obejrzeć nieukończony jeszcze hotel Gołębiewskiego, otoczony przez zabudowania Karpacza. Po jego uruchomieniu pewnie nie da się już tak swobodnie zaparkować, wjechać i pobyć na tej wspaniałej, najważniejszej dla nas górze.

Na stoku Kolorowej pikniki, świeżutko skoszona trawka. Idziemy do Petiego, pierwszy raz. Atmosfera wczasowiska, słońce wychodzi na dobre. Wczasowicze się posilają, leżą na murawie, zjeżdżają rynną, fotografują- wakacyjna sielanka.

Zjadam klasycznego schabowego z frytkami i surówką (zdarza się parę razy w roku mięso- tylko na wyjeździe, by nie być ortodoksem lub jakimś weganem), młodzi- pierś z nielota po sudecku z migdałami i też zadziwiająco pyszny pieróg "zadziwiająco rybny". Marcin płaci kartą i najedzeni, niezmęczeni nawet, wracamy do domu. Nie zgubiłem portfela.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Ferie w Zachełmiu

Sezon zimowy w pełni. Pierwszy tydzień ferii dla zachodniej Polski. W pokojach zaroiło się od dzieci. Kwaterujemy na tydzień piękną placówkę rodzinną (zwaną wcześniej rodzinnym domem dziecka). Zresztą byli już u nas 2 lata temu. Jedna z dziewczynek zamknęła się wtedy w łazience, w której Tomek onegdaj pieczołowicie odtwarzał poniemiecką zasuwkę w zamku. Nie umiała jej odsunąć, jako że, jak to w poniemieckich mechanizmach bywa, często zdarzają się zacięcia. Z P. Robertem musieliśmy dostawić drabinę. Dziewczynce udało się otworzyć wąskie okienko, przez które opiekuńczy tata się przecisnął, mimo słusznego wzrostu i oswobodził małą. Dziś "mała" pewnie już sama dałaby radę, może nawet bez drabiny i oczywiście zasuwkę wymieniłem dawno na współczesną.
Rodzinka się nieco rozwinęła, co widać po bagażach. Najmłodsza Ania ma 8 miesięcy i jest prześliczna.

W sobotę i w niedzielę ruszył pełną parą wyciąg talerzykowy przy hotelu Chojnik (wcześniej Amanda), 1200 m od nas. Stok może długi nie jest- 250 m, ale przepełniony niezwykle domową atmosferą dzięki nowym (1- rocznym), młodym właścicielom- Paweł+ Monika, którzy nieustannie osobiście krzątają się, aby umilić przebywanie wszystkim gościom: nocującym, jedzącym, jeżdżącym, odwiedzającym. Te 20- parę lat temu też miałem tyle niespożytej energii.

Pierwszy raz w życiu właśnie skorzystałem z wyciągu całkiem solo, bo Paweł wpadł w ręce Zygmunta, instruktora i wolnych chwilach doskonali kontrolę nad nartami, które jakoś skręcają w sobie tylko obranym kierunku. Także pierwszy raz tej zimy zaliczyłem klasycznego orła, próbując skoczyć dalej niż 1 m.

Dziś obrodziło narciarzami, prawie sami znajomi, a na koniec zjechała gromadka dzieci z zimowiska w Przesiece. Śniegu jest akurat wystarczająco, aby cieszyć się prawdziwą i zarazem łagodną, nieuciążliwą zimą w Zachełmiu.

A cóż to pojawiło się na wiśniowym stole? Szkoda, że ciekawiej wygląda niż smakuje.

wtorek, 13 stycznia 2009

Łysa Góra i Festiwal Światła

My, tu w Zachełmiu, mamy idealną wręcz sposobność jeżdżenia na nartach.
Wynika to z położenia mniej więcej w równej odległości od wszystkich trzech stacji narciarskich w Karkonoszach: Śnieżka w Karpaczu- 15 km, Szrenica w Szklarskiej- 19 km, Łysa Góra w Dziwiszowie- 21 km. Czekamy jeszcze na kanapę na samą Śnieżkę i stację w Kowarach- 19 km.
W tym roku doszła jeszcze kolej gondolowa w Świeradowie- 30 km.

Najwięcej, najpiękniej, najtaniej i najchętniej jednak jeździ się na Łysej Górze (708 m npm). Panuje tam specyficzny mikroklimat, więc jeśli tylko jest śnieg, to tam jest na pewno. Lekko na południe z boku widoczne jest całe pasmo Karkonoszy, z przodu Rudawy Janowickie i Góry Kaczawskie.

Zwykle pracują wszystkie wyciągi (6), w tym dwa, orczyk i Tatra Pomagalskiego tzw. szybkobieżka o długości 900 m. Ogólna przepustowość wynosi 3650 osób/godz., więc na kolejki nie można narzekać.

A pamiętam czasy gdy chodził tylko orczyk zrobiony przez jeleniogórską Fampę w 1988 r. i 2 talerzyki i raz przyszło mi stać w kolejce nawet 45 min.



Państwo Rażniewscy mimo "kłód pod nogi", spełnili przez 38 lat swoje marzenia o mikrostacji z prawdziwego zdarzenia i w ramach działalności stowarzyszenia Szkoła Narciarska i Sudecki Klub Sportowy "Aesculap", doprowadzili Łysą do obecnego stanu ze sprawnymi 6 wyciągami,
7 naśnieżajacymi armatkami, 4 bufetami,
2 wypożyczalniami sprzętu, nie wspominając już o działalności i sukcesach Klubu oraz o "toytojkach".



W piątek 9.01. Łysa przywitała nas wspaniałą aurą, przejrzystą atmosferą i prawdziwym świeżym śniegiem.

Zygmunt, przyjaciel, Zachełmiak, doświadczony instruktor z powołania, który o nartach wie wszystko i dwoje naszych gości, rozpoczęliśmy zachełmiański sezon na Łysej Górze.


Ja po 3- letniej przerwie, Zygmunt w zimowej przerwie między szwedzkimi budowami remontowymi, a młodzi goście od zera. Jeździło się jak nigdy dotąd, płynnie, w wielu wariantach zjazdowych, od rana do 17- tej. Od 18- tej jest tam już nocna jazda.

"Wyżej dupska", "nie cholewkować" i młodzi Poznaniacy po niespełna 3 dniach, za niespełna 200 zł+ po 20 zł za sprzęt dziennie, poznali podstawy carvingu na tyle, by pod koniec samodzielnie zjechać, skręcając i hamując od wierzchołka góry do auta Zygmunta na parkingu.


W sobotę narciarska powtórka, a w niedzielę karkonoski festiwal światła i Światełko do Nieba WOŚP w Cieplicach z pokazem sztucznych ogni i świateł laserowych. Nawet wyszło lepiej niż się spodziewałem.


Temperatura blisko -10 st. podczas gdy w Zachełmiu tylko -2 st. (typowa inwersja), więc Kuba Sienkiewicz z Elektrycznymi Gitarami nieco zamarzł, my również.


W Wiśniowym Sadzie, po powrocie, nadal słychać było wyraźnie ich końcówkę koncertu.





Odbyła się po raz pierwszy kolejna tak wielka, cykliczna impreza, tak blisko nas. To jest to!